Lorenzo von Korpohorn

Niedawno walcząc o duże zlecenie, zostałem poproszony o delikatne zniekształcenie rzeczywistości. Potencjalny klient bardzo zainteresowany współpracą i zadowolony z pomysłów, przedstawił efekty wspólnych działań koncepcyjnych i dostał zielone światło. Osoba kontaktowa pokazała się szefom w dobrym świetle, bo sprawnie zajęła się problemem, odnalazła odpowiednich partnerów zewnętrznych i pokazała gotowe warianty poradzenia sobie z projektem, który od kilkunastu miesięcy nie mógł ruszyć do przodu.

Sytuacja idealna – duży klient = większy budżet, spore możliwości w procesie realizacji, ciekawe doświadczenie i akceptacja „nie startupowych wynagrodzeń”. Warto było zawalczyć, ale bez „bezsensownych standardów„. Po dość żmudnym (bo polegającym na wymianie 43 maili i tyluż niemal telefonów + paru spotkaniach) etapie komunikacji i przygotowania ostatecznej wersji prezentacji, zapadła decyzja. „Panie Karolu, prezentacja bardzo się spodobała, pomysły rewelacyjne, ale my musimy pracować z agencjami, a nie zewnętrznymi konsultantami. Nie wiem czy projekt zostanie zaakceptowany, ale jak najszybciej musi Pan być agencją.”

W ciągu 2 godzin byłem agencją, mogłem nawet wykazać się portfolio, relacjami mediów, filmikami na youtube itp. Te elementy i tak były weryfikowane wcześniej, tak naprawdę chodziło o… stronę internetową agencji, którą można zobaczyć na iPadzie. Sytuacja wydaje się kuriozalna, ale wcale nie tak rzadko spotykana. Wiadomo, że obecność w sieci dla większości usługodawców jest obowiązkowa i warto pomyśleć o tym zawczasu. Można stworzyć akceptowalną wizytówkę firmy w 2-3 godziny. Jak?

Zakup domeny (opcjonalnie z hostingiem) – ok. 7 minut

Instalacja CMSa do obsługi strony – 10 minut

Znalezienie i instalacja motywu – od 5 minut do wieczności

Przygotowanie treści na stronę – od 90 minut do 5 tygodni

Wysłanie działającego linka do partnera w korpo, by mógł dołączyć go do prezentacji – 30 sekund

„Klient nasz pan” w rozumieniu Kabaretu Ani Mru Mru (lub tradycyjnym).

Tytuł wpisu to parafraza sztuczki renomowanego podrywacza Barneya Stinsona, bohatera serialu „Jak poznałem Waszą matkę?”. Wśród wielu tricków, na które nabierały się kobiety (w tym „płetwonurek”, czy „on nie przyjdzie”), był także „Lorenzo von Matterhorn”. Zobaczcie sami i pomyślcie o podstawowej prezentacji własnych możliwości zawczasu – w formie bloga, tumblra lub dowolnej innej, tak żeby zawsze prowadził do Was jakiś link. Na wszelki wypadek.

1 thought on “Lorenzo von Korpohorn”

Dodaj komentarz